Stowarzyszenie Elektryków Polskich O/Piotrków koło nr 1 przy PGE GiEK S.A. O/Elektrownia Bełchatów

 

logo Inpe Logo SEP

WYCIECZKI

  • WYCIECZKA DO RPA - Po przygody do Afryki

     

    Bieżący rok, jak już wiele razy podkreślaliśmy, to rok jubileuszu 40-lecia Koła SEP działającego przy Elektrowni. Wśród licznych wydarzeń uświetniających tę rocznicę zaplanowaliśmy również, godną tych lat naszego działania wycieczkę. Naszym celem była tym razem Republika Południowej Afryki.

     

     Lot na południową półkulę naszego globu był z przesiadką w stolicy Kataru, Doha. Planowany, długi czas oczekiwania na samolot zaowocował pomysłem zorganizowania krótkiej wycieczki po mieście. Po spełnieniu wszystkich wymagań uzyskaliśmy wizy do Królestwa Kataru i z lokalnym przewodnikiem wyruszyliśmy na zwiedzanie. Doha jest miastem gdzie rozmach i nowoczesność mieszają się z tradycją islamską. Odwiedziliśmy Souq Waqif, czyli lokalny bazar, a następnie dzielnicę Katara gdzie mieszczą się najważniejsze krajowe instytucje kulturalne, a pomiędzy nimi siedziba Stowarzyszenia Inżynierów Katarskich. Niestety nie byliśmy tam umówieni na partnerskie spotkanie. Kolejnymi zwiedzanymi obiektami była sztucznie utworzona, Wyspa Perłowa pełna nowoczesnej architektury oraz Muzeum sztuki Islamu. To ostatnie ze względu na późną porę obejrzeliśmy tylko od zewnątrz. Ta wizyta mimo iż krótka pozwoliła zobaczyć „na własne oczy” jak żyje się na Półwyspie Arabskim, w kraju którego dochód narodowy tworzą głównie „petrodolary”. Niestety zbliżał się czas rozpoczęcia drugiego etapu podróży więc udaliśmy się na lotnisko aby zająć miejsca w „Dreamlinerze” lecącym do Kapsztadu. I polecieliśmy na samo południe Afryki i rozpoczęliśmy naszą wędrówkę. Jej pierwszym punktem była wizyta w elektrowni atomowej Koeberg. Jest to jedyna afrykańska elektrownia atomowa. Znajduje się ona 30 km na północ od Kapsztadu. Właścicielem i operatorem jest ESKOM (Electricity Supply Commission). Podczas krótkiego spotkania z przedstawicielem firmy zapoznaliśmy się z obiektem i jego historią, oraz wymieniliśmy trochę fachowych uwag z branży energetycznej. Niestety czas nie pozwolił na obejrzenie bloków energetycznych. Dodam tylko, że w Elektrowni Koeberg zainstalowane są dwa bloki po 900 MW każdy, a źródłami energii dla nich są reaktory PWR (wodno-wodne). Elektrownie atomowe nie emitują zanieczyszczeń do wody i powietrza więc teren wokół zakładu stanowi rezerwat przyrodniczy zamieszkiwany przez dzikie zwierzęta.

    Fot.1 Spotkanie z przedstawicielem Elektrowni Koeberg

    Fot.2 Przed elektrownią.

    Dalej droga poprowadziła do Kapsztadu, lub jak ktoś woli Cape Town. Obie nazwy są w użyciu bo w RPA mieszają się historyczne wpływy holenderskie i angielskie. Na miastem góruje liczący 500 milionów lat masyw Góry Stołowej. Piękna, słoneczna pogoda pozwoliła nam podziwiać z góry miasto i jego otoczenie.  Dopełnieniem widoku było zwiedzanie miasta z historycznymi Ogrodami Kompanii Indyjskiej. Dla tych, którzy jeszcze nie mieli dosyć wrażeń nasz sympatyczny pilot, Witek zorganizował wypad na jam-session odbywające się w krypcie katedralnej. A potem jeszcze na koncert muzyki irlandzkiej na żywo oczywiście w irlandzkim pubie.

     

    Dzień następny rozpoczął się rejsem po Hout Bay, dookoła skalnej wysepki, na której żyje kolonia fok futrzastych - uchatek. Stamtąd przejechaliśmy na farmę strusi gdzie czekało nas spotkanie z tymi wielkim ptakami oraz dawka wiedzy o nich i ich hodowli.

    Fot.3 Na Przylądku Dobrej Nadziei.

    Przylądek Dobrej Nadziei to jeden z najbardziej znanych zakątków świata. Oprócz pamiątkowych zdjęć przywieźliśmy ze sobą pamiątkowe dyplomy dokumentujące osobistą bytność na tym najdalej na południowy zachód wysuniętym cyplu Afryki. W drodze powrotnej czekała nas jeszcze jedna „ptasia wizyta” na plaży, gdzie żyje kolonia dzikich Pingwinów Afrykańskich. Doznania turystyczne dopełniła wizyta w dolinie słynącej z winnic i degustacja 5 rodzajów wina.

     Wokół wybrzeży RPA można spotkać wieloryby. Takiej okazji nie można było pominąć więc Witek zarządził zjazd z trasy nad zatokę Hermanus gdzie one już na nas czekały. Można było stać i podziwiać ich harce nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. A na nas czekał najbardziej na południe wysunięty kawałek lądu afrykańskiego, Przylądek Igielny. To tutaj łączą się ze sobą wody oceanów Atlantyckiego i Indyjskiego, co widać na zdjęciu.

    Fot 4. U zbiegu dwóch oceanów.

    Na przylądku jeszcze zwiedzanie Muzeum Latarnictwa, i jedziemy do zatoki Mossel. Tam w Muzeum Odkryć Morskich zwiedzamy zrekonstruowaną karawelę Bartłomieja Diaza - pierwszego Europejczyka, który ponad 500 lat temu przybił do brzegów południa Afryki. Obok rośnie "drzewo pocztowe”, pod którym kiedyś żeglarze zostawiali wiadomości zabierane później przez podróżników wracających do Europy, aby je oddać adresatowi.

     

     Kolejny dzień, to kolejne nowe wrażenia. Po śniadaniu zwiedzaliśmy sławne na cały świat groty Cango. Zostały one odkryte w prehistorycznych czasach ale dzisiaj umiejętne przygotowane eksponują kształty uformowanych przez naturę skał wapiennych. To taka afrykańska Jaskinia „Raj”, tylko znacznie większa. Dalsza droga wiodła tak zwanym „Ogrodowym Szlakiem” wzdłuż wybrzeża Oceanu Indyjskiego. W Parku Narodowym Tsitsikamma odbyliśmy spacer „Szlakiem Wydry”, po moście wiszącym nad ujściem rzeki Sztormowej. Na koniec dnia jeszcze postój przy wyjątkowo dorodnym, 1000-letnim gigantycznym drzewie Podokarp. Na nocleg przyjechaliśmy do Cape St.Francis Bay, położonym przy szerokiej, piaszczystej plaży. Po śniadaniu był czas wolny i możliwość kąpieli w oceanie lub spaceru. Dalej droga wiodła przez tereny dawnego Transkei - bantustanu, w którym urodził się Nelson Mandela. W miejscowości Qunu zwiedziliśmy muzeum poświęcone życiu i działalności tego wielkiego człowieka. Jadąc na północ kraju odwiedziliśmy  Phezulu, murzyńską wioskę gdzie zapoznaliśmy się ze zwyczajami i tradycjami Zulusów, tej najliczniejszej grupy plemiennej w RPA, a lokalny zespół folklorystyczny zaprezentował obyczaje weselne. Zapamiętaliśmy, że za żonę Zulus musi zapłacić 14 krów. Następnego dnia zwiedziliśmy jedno z największych miast kraju, Durban. Czasy świetności Imperium Brytyjskiego przypominają zabytkowy ratusz, poczta i bulwar Viktorii. Współczesny Durban to gromadząca turystów, biegnąca wzdłuż plaży "Złota Mila”, przy której zlokalizowane są hotele i bazar oferujący lokalne produkty.

     

     Do niewątpliwych atrakcji Durbanu należy „UShaka Marine World”. To miejsce gdzie we wraku starego statku znajdują się akwaria z egzotycznymi rybami, a tuż obok w basenach można podziwiać pokazy delfinów lub popływać w żelaznej klatce w towarzystwie rekinów. My też podziwialiśmy ryby i delfiny. Tylko rekiny jakoś nie zachęciły nas do skorzystania z ich towarzystwa.

     Chwila wolnego czasu, jaką mieliśmy w Durbanie pozwoliła nam dopełnić pewnej tradycji. Uczestnicy wycieczki nawet nie uświadomili sobie momentu kiedy w locie przekroczyli równik. A że takie wydarzenia nie są dla nas „chlebem codziennym”, należało to jakoś uczcić. Wieczorem wszyscy zostali zaproszeni celem odbycia „Chrztu równikowego”. Każdy dla lepszego zapamiętania tego wydarzenia zobowiązany był do zjedzenia kawałka cytryny. Jeżeli zrobił to bez zrobienia „kwaśnej miny” otrzymywał stosowny certyfikat od „rodziców chrzestnych” Eli, Witka i lekko przypominającego Zulusa, Jurka.

    Fot 5. Chrzcimy Prezesa

    I znowu wsiedliśmy w autobus żeby przez eukaliptusowe lasy i plantacje trzciny cukrowej dojechać do St. Lucia nad laguną przy Oceanie Indyjskim. Laguna i rozlewiska wokół niej zostały wpisane przez ONZ na listę pomników przyrody dziedzictwa ludzkości UNESCO. Tu czekała łódź, która zabrała nas na bliskie spotkanie z zamieszkującymi lagunę hipopotamami i krokodylami. Na szczęście kontakty ze zwierzętami ograniczyły się tylko do filmów i zdjęć. Nocleg był równie egzotyczny bo w sercu Zululandu, w prywatnym rezerwacie dzikiej zwierzyny. Od rana wyjazd w kierunku królestwa Swazi gdzie odwiedziliśmy wiejską zagrodę i pobliską szkołę. Tu przydały się zabrane z kraju kredki i cukierki, które lubią wszystkie dzieci niezależnie od koloru skóry. Następnie przejechaliśmy przez stolicę Swazilandu, Mbabane, a Witek opowiadał nam po drodze o historii i zwyczajach mieszkańców tego kraju. Stuprocentowa egzotyka.

     

     I doczekaliśmy się tego, po co wybraliśmy się do Afryki. O wschodzie słońca wyjazd na całodzienne safari. Przy bramie wjazdowej Parku Krugera czekały na nas terenowe samochody, którymi w towarzystwie doświadczonego rangera - kierowcy wyruszyliśmy w busz. Park Krugera ma powierzchnię powyżej 2 milionów hektarów, więc zwierzęta mają się gdzie ukrywać przed ciekawskimi turystami, ale tego dnia były dla nas łaskawe. Z początku pokazywały się wszędobylskie impale i kudu oraz guźce.  Ale nasi przewodnicy wiedzieli po co przybyliśmy do Afryki i aktywnie poszukiwali „wielkiej piątki”, którą stanowią słoń, nosorożec, bawół, lew i lampart. Pierwsze pojawiły się pasące się dostojne bawoły. To, co wydarzyło się chwilę potem zaskoczyło nawet naszego rangera. Drogę przeciął nam powolnym krokiem idący lampart. Własnoręcznie wykonane zdjęcia tego „cętkowanego kota” w jego naturalnym środowisku będą ozdobą naszych albumów. Zazwyczaj lamparty chowają się w gałęziach drzew skąd wypatrują zdobyczy i nie zaszczycają swoim widokiem turystów. Kolejnym „rarytasem” był ucztujący nosorożec. Jego również trudno spotkać ale widać dla nas uczynił wyjątek. Za to słonie nie chowały się przed nami, może dlatego że są takie duże. Do kompletu pozostało nam jeszcze spotkanie z lwami. Nasi przewodnicy za pomocą radia przekazywali sobie informację gdzie aktualnie można spotkać zwierzęta i w końcu dotarła wiadomość, że „są lwy”. Wszystkie jeepy natychmiast zawróciły we wskazanym kierunku na spotkanie pary „królów zwierząt”. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy wielkimi szczęściarzami skoro w ciągu jednego dnia udało nam się spotkać całą „wielką piątkę”.

     

    A jeszcze po drodze spotykaliśmy zebry, żyrafy i inne zwierzęta znane nam dotychczas tylko z ZOO. Usatysfakcjonowani udaliśmy się na nocleg, aby nazajutrz wyruszyć „Szlakiem Panoramicznym”, na którym czekały nas punkty widokowe o przepięknych nazwach jak „Trzy Rondawele” (rondawela to okrągła chata murzyńska), „Szczęście Burke'a – kociołki” czy, „Okno Pana Boga”, i zupełnie trywialnych jak Deszczowy Las czy wodospad Lisbon. Następnie przejazd przez Mały Drakensberg – Góry Smocze. To miejsce, gdzie toczyły się ostatnie walki w wojnie burskiej na pocz. XX w. I dojechaliśmy do stolicy kraju, Pretorii skąd wylatywaliśmy do Zimbabwe. Wizytę w tym kraju rozpoczął wieczorny rejs po rzece Zambezi. Słońce w Afryce jest tym samym słońcem, które codziennie świeci nad nami, ale jego widok zachodzącego nad Zambezi na długo zachowa się w pamięci. A rano znowu wyruszyliśmy w drogę, na jednodniowy wypad do Botswany. Tam na brzegu rzeki Chobe czekała na nas łódź, która zawiozła nas w niewiarygodne miejsce. Do wodopoju, przy którym w jednej chwili zobaczyliśmy liczące „z grubsza” ponad setkę stado słoni w towarzystwie bawołów, małp, przeróżnych antylop i ptactwa. W tym samym czasie w wodzie odpoczynku zażywały hipopotamy i raz na jakiś czas wyłaniały się z niej grzbiety krokodyli. Wszyscy byliśmy zauroczeni tym widokiem. Zdjęć i filmów z tego miejsca zrobiliśmy bez liku, a zwierzęta „były u siebie” i niezbyt zwracały na nas uwagę. Może dlatego że byliśmy na pokładzie a nie w wodzie. Po południu wróciliśmy w to samo miejsce lądem. Zwierzęta najedzone i napojone wędrowały od wody w głąb sawanny. I znowu je spotykaliśmy przecinając szlaki ich wędrówek. A kierowcy jeepów robili wszystko żebyśmy zobaczyli jak najwięcej i jak najlepiej.

    Fot 6. Słonie i inni mieszkańcy rzeki Chobe.

    Po powrocie do Zimbabwe czekały nas wrażenia zupełnie innego rodzaju. Program wycieczki wzbogacony był o dodatkowe atrakcje dla chętnych i właśnie przyszedł czas aby z nich skorzystać. Ja, niżej podpisany z żoną podjęliśmy decyzję żeby wziąć udział w ”spacerze z lwami”. Pojechaliśmy zatem do rezerwatu gdzie prowadzony jest program przywrócenia obecności lwów w tym rejonie Afryki. Tam na sawannie czekała na nas para częściowo oswojonych lwów. Ponieważ zwierzęta tolerowały obecność ludzi tylko w pewnym zakresie, na początek zostaliśmy przeszkoleni jak należy z nimi postępować, aby spacer przebiegł bezpiecznie. Wyposażeni w tę wiedzę wyruszyliśmy na spacer w towarzystwie „królów zwierząt” i licznych strażników parkowych. Wielkie koty potraktowały nas przyjaźnie i pozwoliły spacerować do woli, a kiedy zechciały się położyć na ziemi można je było pogłaskać po futrze. Oczywiście czas i miejsce gdzie można było głaskać określały same lwy.

    Fot 7. Głaszczemy lwa.

    Zafascynowani takim kontaktem z dziką przyrodą ledwie zdążyliśmy dołączyć do reszty grupy, która już zaczynała zwiedzanie przegradzających rzekę Zambezi Wodospadów Wiktorii. Wodospady wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO uważane są za jeden z siedmiu naturalnych cudów świata. Znajdują się one na terenie Parku Narodowego Wodospadów Wiktorii. Wysokość spadku wody wynosi 108 m, a szerokość wodospadu 1, 7 kilometra. W sezonie szczytowym w każdej sekundzie przetacza się tam ponad 9 milionów litrów wody. Niestety niski poziom wody w rzece spowodował, że zamiast szerokiej ławy wody mogliśmy obejrzeć wodospad podzielony na kilka strumieni. Ale niezależnie od tego my również byliśmy pod wrażeniem jego ogromu.

     

     Wody Zambezi niosą ze sobą jeszcze inne wrażenia. Na granicy pomiędzy Zimbabwe a Zambią znajduje się most, na którym amatorzy sportów ekstremalnych realizują swoje pasje. Wszyscy czekaliśmy na skok zapowiadany przez Michała. Nie zawiódł nas. Ale niespodzianką dla wszystkich był skok Zosi. Ona nic nie zapowiadała i też skoczyła. Byliśmy pełni podziwu dla obojga.

    Fot 8. Zosia na drugiej półkuli i jeszcze na dodatek do góry nogami.
    Fot 9. Skoczkowie na bungee.

    Przyszedł czas powrotu do RPA. Przed nami jeszcze zwiedzanie największych miast kraju. W stołecznej Pretorii zwiedzaliśmy dzielnicę rządową, co utrudniły nam nieco odbywające się tam właśnie manifestacje studentów, a następnie pomnik Voortrekkerów. Byli to osadnicy holenderscy, którzy w znacznym stopniu przyczynili się do powstania miasta i zasiedlenia jego regionu. A  że przyszedł właśnie dzień wyborów parlamentarnych w Polsce, całą grupą udaliśmy się do Ambasady RP aby w zorganizowanym tam lokalu wyborczym oddać swój głos.

    Prawie wszyscy byliśmy wyposażeni w zabrane z kraju zaświadczenia pozwalające nam wziąć udział w wyborach poza miejscem zamieszkania. Tak liczną frekwencją sprawiliśmy niespodziankę naszym przedstawicielom dyplomatycznym. Pani Ambasador Anna Raduchowska-Brochwicz znalazła chwilę na rozmowę z nami i wspólne zdjęcie. O naszej wizycie ambasada poinformowała na swojej stronie internetowej.

    Fot 10. Wspólne zdjęcie z Ambasadorem RP w Republice Południowej Afryki.

    Kolejny dzień, to  kolejne spotkanie z afrykańskimi zwierzętami. Tym razem zajechaliśmy na farmę krokodyli i innych gadów. Przewodnik po farmie zaprosił nas do prezentacji zamieszkujących terraria zwierząt. I tu znowu była okazja aby wziąć w ręce małego krokodyla lub zrobić sobie zdjęcie z anakondą na szyi lub z olbrzymim pająkiem na dłoni. Na szczęście nasz gospodarz wybierał osobniki nieprzejawiające agresji. Po takiej dawce emocji oglądanie „drzemiących” krokodyli nie było już mocno ekscytujące.

     

    W Soweto odwiedziliśmy dom, w którym mieszkał Nelson Mandela, a jego sąsiadem był Desmond Tutu. Obaj byli laureatami Pokojowej Nagrody Nobla za swoją walkę z apartheidem. Zjawisko to przeszło na szczęście już do historii, ale pozostawiło trwały ślad w historii. Aby spróbować to zrozumieć warto było przyjechać do kraju gdzie przeplatają się kultury i obyczaje, gdzie skóra spotykanych ludzi ma kolor biały lub czarny, lub jakiś pośredni.

     

    Dwa tygodnie spędzone na południu Afryki minęły bardzo szybko i czas był wracać do kraju. Chociaż warunki pogodowe uniemożliwiły planowane lądowanie samolotu w Warszawie i musieliśmy chwilowo wylądować w Katowicach, aby za chwilę odlecieć ponownie do Warszawy, to zaliczyliśmy to wydarzenie jako jedną z wielu przygód na tej wycieczce. I wspomnieniami tych przygód właśnie chcę się podzielić z czytelnikami.

     

    Jerzy Antczak.

     

    Fotografie: uczestnicy wycieczki.

    Powrót

  • WYCIECZKA DO USA – Październik 2014r.

     

    W roku 2014 oprócz 95 rocznicy utworzenia Stowarzyszenia Elektryków Polskich, obchodzimy również 35-lecie założenia w Piotrkowskie Trybunalskim Oddziału SEP. Takie rocznice są nie tylko powodem do wspomnień ale również do wspólnego świętowania i realizacji ambitnych planów. W roku jubileuszowym Oddział Piotrkowski zaplanował wyjazd do Stanów Zjednoczonych dający okazję nie tylko do zwiedzenia tego olbrzymiego kraju ale również do bliższego zapoznania się z amerykańską energetyką.

     

    Realizacji imprezy podjęło się Koło przy PGE GiEK S.A. Oddział Elektrownia Bełchatów , a wyjazd odbył się w drugiej połowie października. Jego trasa biegnąca od zachodniego do wschodniego wybrzeża USA obejmowała znaczną liczbę miejsc wartych zobaczenia.

     

    Zatem rozpoczęliśmy w Los Angeles z jego legendarnymi miejscami jak Beverly Hills czy Promenada Gwiazd wraz ze schodami, na których jest rozwijany znany w całym świecie czerwony chodnik prowadzący do miejsca wręczania „Oskarów”. Dzień zakończyło zwiedzanie wytwórni filmowej Universal. W drodze do San Diego obejrzeliśmy „Queen Mary”, statek będący „ siostrą Titanica”. Po obejrzeniu leżącego nad Zatoką Meksykańską miasta weszliśmy jeszcze na pokład lotniskowca USS Midway. Dalej trasa poprowadziła nas do największego cudu natury w USA – Parku Narodowego Wielkiego Kanionu uważanego za najsłynniejszy przełom rzeki na świecie, a następnie do leżącej na terenach należących do Indian Nawajo Doliny Pomników. Pierwszym ze zwiedzonych przez nas obiektów energetycznych była elektrownia wodna zainstalowana na przegradzającej Kolorado zaporze Glenn. Ma ona łączną moc 1021MW uzyskiwaną z 8 turbin.

     

    Dalsza droga prowadziła przez pełne zadziwiających form skalnych kaniony Bryce i Zion do jaskini hazardu - Las Vegas. Trudno sobie wyobrazić że to pełne życia i świateł miasto wybudowane zostało na pustyni. Po zwiedzeniu miasta, nie tracąc czasu ani pieniędzy przejechaliśmy przez przerażającą Dolinę Śmierci do leżącego w górach Sierra Nevada Parku Yosemite. Kolejnym miastem było San Francisco, które zaczęliśmy zwiedzać od wyspy Alcatraz, gdzie mieści się najsłynniejsze więzienie świata. Z pośród licznych miejsc, które mieliśmy okazję zwiedzić największe wrażenie zrobił kryjący się chwilami w mgłach most Golden Gate. Kręte i pagórkowate ulice miasta robią duże wrażenie szczególnie kiedy poruszamy się po nich słynnym tramwajem. Nie wiadomo kiedy minął czas pobytu na zachodnim wybrzeżu i przyszedł czas na zmianę miejsca , bo czeka wodospad Niagara. A na obu brzegach rzeki o tej samej nazwie zbudowano elektrownie wodne. Zwiedziliśmy tę po stronie USA Robert Moses Niagara Power Plant. Jest to hydroelektrownia o mocy 2525 MW, w której zainstalowano 13 generatorów.

     

    Po elektrowni oprowadzała nas wnuczka emigrantów z Polski. Po tej miłej wizycie zanurzyliśmy się w wodną kipiel. Dosłownie, bo stateczek który zabrał nas na wycieczkę wpływa w obszar gdzie turystów czeka solidny strumień spływającej z góry wody. Ale za to jakie wrażenia. Zupełnie inne widoki zaoferował nam Nowy Jork. Najpierw widok, który witał przybyszów zdążających wiele lat temu do Ameryki z nadzieją na lepsze życie, Statua Wolności i kryjąca się za nią niewielka wysepka z komorą celną. To tam zapadały decyzje kogo przyjmie Ameryka. Na szczęście komora celna jest już tylko muzeum a widoczny za nią Manhattan czeka na gości. Nazwy szlaków którymi szliśmy, Broadway lub Piąta Aleja mówią same za siebie. Tam działa się historia Stanów Zjednoczonych.

    Lista miejsc, które odwiedziliśmy jest długa. Ale w pamięci na lata utkwi wrażenie jakie wywarła „Strefa Zero”, miejsce gdzie stały dwa wieżowce World Trade Center zanim zapadły się po uderzeniu przez samoloty w dniu 11 września 2001 roku. Wieczór zastał nas na tarasie widokowym Empire State Building.

     

    Nowy Jork nocą to feeria świateł, a nam pozostało rozpoznawanie obiektów, które już poznaliśmy. Ukoronowaniem wyjazdu była wizyta w stolicy kraju. A być w Waszyngtonie i nie widzieć Kapitolu, Białego Domu i Pentagonu to jak „być w Rzymie i nie widzieć Papieża”.

    My byliśmy tam wszędzie uwieczniając to na pamiątkowych fotografiach. Do zwiedzenia pozostał nam jeszcze tylko cmentarz Arlington, miejsce spoczynku ponad 400 000 osób. Dające się słyszeć salwy honorowe świadczyły o tym że ta liczba w dalszym ciągu się zwiększa.

    Jeszcze tylko ostatnie zakupy i pożegnaliśmy USA. A tyle jeszcze pozostało do obejrzenia.

     

     

    zredagował Jerzy Antczak

Opiekun strony:  Zbigniew Załęczny

Administracja, projekt i wykonanie strony: Tomasz Pawelus, pomoc merytoryczna: Sylwester Antoszczyk

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2018. Ostatnia aktualizacja 07 grudnia 2018r.  v.1.42